– Lublin Lubi Larpy

Rzemieślnik czy artysta? Powiedz mi, jak piszesz larpy, a powiem Ci, kim jesteś.

Po raz pierwszy z pytaniem „Jesteś bardziej rzemieślnikiem czy artystą?” spotkałam się już ładnych parę lat temu na jednej z larpowych imprez. Rzucone między dance florem a kolejnym kieliszkiem wódki wywołało wtedy dość spore zainteresowanie. Od tamtej pory co jakiś czas przewija się w rozmowach razem z towarzyszącą mu refleksją. Części z nas nie sprawia żadnej trudności opowiedzenie się po jednej ze stron, część potrzebuje chwili na zastanowienie, a jeszcze inni nie są w stanie się określić.

„Artysta czy rzemieślnik?” – ta kwestia z pewnością nie stanowi ani największego, ani najpilniejszego zagadnienia teorii larpowej. Mam nawet spore wątpliwości, czy do takowej może być w ogóle zaliczona. Niemniej jednak to pytanie istnieje i krąży w społeczności, zaprzątając co jakiś czas pokrętne umysły larpowców i larpowych twórców. Zaprzątnęło także i moje myśli beztrosko hasające po łąkach prokrastynacji. Tak oto, z potrzeby unikania ważniejszych rzeczy do zrobienia, powstał tekst, który może umili wam te wyrwane produktywności chwile.

larp Sztuka cenniejsza niż złoto, LubLarp Festiwal 19/20, fot. Bad Cat Studio

Pytanie, które jest tematem tego tekstu, nie należy do najpoważniejszych i ja sama zadałam je sobie bardziej dla rozrywki. Mimo to uważam, że niezależnie od tego, jak dużą wagę przywiążemy do odpowiedzi, będzie ono w ten czy inny sposób opisywać kawałek larpowego świata. Warto poświęcić mu nieco uwagi choćby dla wprowadzenia jakiegoś porządku w nasze myślenie albo dla małej, umysłowej gimnastyki.

Na wstępie chciałabym wyjaśnić, jak z mojej perspektywy, będącej także perspektywą osoby studiującej historię sztuki, rozumiem pojęcia „artysta” i „rzemieślnik” – co według mnie się z nimi wiąże. Prześledzę, z czego może brać się nasze dzisiejsze rozumienie tych pojęć, z jakich źródeł wynikają pewne skojarzenia oraz nieco bliżej przyjrzę się cechom, które z początku mogą wcale nie być tak oczywiste. Będę chciała nieco „odczarować” te dwa słowa i pokazać, że pierwsze niekoniecznie jest tak wspaniałe, a drugie bywa niesłusznie niedoceniane.

Chciałbym też uprzedzić, co właściwie oznacza, że artykuł pisany jest z perspektywy historyka sztuki – chodzi mi tutaj o nakreślenie pewnych ram, wewnątrz których będę się poruszać. Mówiąc o artystach, rzemieślnikach i sztuce, odniosę się głównie do malarstwa, pamiętając, że analogiczne sytuacje czy uwarunkowania mają swoje odzwierciedlenie także w rzeźbie lub architekturze, czyli wszystkich tych dziedzinach, którymi zajmuje się historia sztuki. Zatem czytając ten artykuł, należy mieć przed oczami malarstwo, jego środowisko i historię jako odniesienie do zjawisk ze środowiska larpowego. Nie będę mówić o muzyce, tańcu, czy literaturze – chociaż one także mieszczą się w naszym pojmowaniu sztuki, to jako historyk sztuki nie mam o nich większego pojęcia (gdyby ktoś bardziej zaznajomiony tematyką chciał rozwinąć moje rozważania o tę perspektywę, to z chęcią bym o tym poczytała 😉). Poza tym, z tego, co wiem, pisarze lub muzycy nigdy nie należeli do cechów i nie postrzegano ich jako rzemieślników w sposób, w jaki ja rozumiem ten termin, dlatego nie można przypisywać im cech grupy, którą nigdy nie byli.

Wiedząc, czym ten artykuł nie jest oraz w jakich ramach będę się poruszać, przejdę do dalszej analizy, biorąc za punkt wyjścia pierwsze skojarzenia słów „artysta” i „rzemieślnik”.

Tutaj chciałabym poruszyć bardzo ważną w naszych rozważaniach kwestię, którą najlepiej wyjaśnić na samym początku. Chodzi o talent. W naszych skojarzeniach może on wydawać się pierwszą i właściwie jedyną różnicą między artystą a rzemieślnikiem – artysta to ktoś obdarzony talentem, natomiast rzemieślnik to osoba go pozbawiona. Koniec, kropka. Na tym moglibyśmy właściwie zakończyć. Tak dychotomicznie rozumiani artysta i rzemieślnik to przykładowo mistrz kuchni w pięciogwiazdkowej restauracji i kucharz w szkolnej stołówce, albo fryzjer gwiazd i pani Zosia prowadzącą osiedlowy zakładzik, w którym całe życie tylko trzaska trwałą i farbowanie. W takim wypadku „artysta” i „rzemieślnik” to rozróżnienie jakościowe na kogoś wybitnego i kogoś zupełnie przeciętnego. Takie rozumienie może funkcjonować, jednak gdyby było jedynym, to czy komukolwiek z nas tak łatwo przyszłoby określenie siebie jako rzemieślnika?

Dlatego chciałabym, żebyśmy nie skupiali się na talencie oraz na artystach i rzemieślnikach rozumianych tylko przez jego pryzmat. Abstrahując od indywidualnych predyspozycji i uzdolnień, przyjrzyjmy się tym kategoriom z nieco innej, trochę bardziej historycznej, perspektywy.

Na początek zapomnijmy na chwilę o artystach i rzemieślnikach. Spróbujmy sprowadzić ich do wspólnego mianownika i nazwać twórcami. „Twórca dzieła” – to brzmi bardzo dumnie, ale w rzeczywistości oznacza coś tak prostego, że wręcz banalnego – kogoś, kto coś zrobił. Takim twórcą dzieła jest Szekspir ze swoim „Makbetem”, dziecko, które narysowało koślawego pieska, ale też autor larpa. Co ich łączy? Każdy z jakiejś potrzeby (zakładamy tutaj, że to potrzeba wewnętrzna) stworzył dzieło. Ale czy każdego z nich moglibyśmy nazwać artystą? A może rzemieślnikiem? Czy każdy z nich tak się czuje lub jest tak postrzegany? Od czego to zależy? Autorów larpów bez wahania nazywamy twórcami, niezależnie od tego, czy te gry bardziej piszą, robią, czy designują, ale jeśli mielibyśmy nazwać ich artystami… Ja bym się dwa razy zastanowiła.

A co z rzemieślnikiem? Czy staję się nim automatycznie, nie będąc artystą?

Jeżeli larpy nazwiemy sztuką, to czy w takim razie ich autorów możemy za każdym razem określać mianem artystów? Czy to, co nazywamy sztuką, zawsze było tworzone przez artystów? Kim jest w naszym dzisiejszym rozumieniu artysta i czym się zajmuje?

To bardzo dużo pytań 😉. Poszukiwania odpowiedzi rozpoczęłam od słownika języka polskiego, w którym znalazłam takie oto trzy definicje słowa „artysta”:

  1. człowiek uzdolniony, tworzący dzieła (np. malarz), kreujący jakąś rolę (aktor) lub wykonawca utworu muzycznego (np. piosenkarz);
  2. ktoś najlepszy w swoim fachu; arcymistrz;
  3. ekspresywnie (pozytywnie lub negatywnie) o człowieku sprytnym i nietuzinkowym, mającym dziwne pomysły (czasem kaprysy)

W pierwszym punkcie widzimy to, o czym mowa była już wcześniej – utalentowany człowiek, który tworzy rzeczy. Kwestię talentu na potrzeby tego tekstu pomijamy, tworzenie przed chwilą omówiliśmy.

Jeśli chodzi o punkt trzeci, to prezentuje on potoczne określenie, nad którym także nie będę się dłużej pochylać, aczkolwiek mam wrażenie, że echo tej nietuzinkowości i dziwnych pomysłów może pojawić się w dalszej części artykułu 😉.

Najbardziej interesująca wydała mi się druga definicja, mówiąca o tym, że artysta to ktoś najlepszy w swoim fachu. Myślę, że uświadomienie sobie tej warstwy rozumienia pojęcia wyjaśnia, skąd może brać się w nas pewien respekt przed tym określeniem i ostrożność, którą ja również podzielam, w nazywaniu tak wszystkich larpowych twórców. Sam fakt napisania gry nie sprawia przecież, że od razu staję się „najlepszy w swoim fachu”.

larp Sztuka cenniejsza niż złoto, LubLarp Festiwal 19/20, fot. Bad Cat Studio

Być może z tą świadomością część z nas, ze skromności i pokory, nie chce nazywać się artystami, uważając to pojęcie za zbyt górnolotne, przewyższające ich zdolności lub ambicje. Dopiero inni mogą ocenić nasze umiejętności w tworzeniu larpów i przyznać lub odmówić nam tego zaszczytnego miana.

Są jednak też tacy twórcy, którzy bez wahania nazywają się artystami. Czy to wynika z ich dumy? Ze świadomości własnej wartości? Być może. Ale wydaje mi się, że istnieje też inne wyjaśnienie.

Podane wcześniej definicje dość mocno odnoszą się do zewnętrznego spojrzenia na twórcę, do tego, jak ocenią go inni – odbiorcy jego dzieła, grupa społeczna, znawcy tematu itd. Talent, arcymistrzostwo, czy nawet potoczne określenie nietuzinkowości – to wszystko odnosi się do oceny innych ludzi.

Ale czy w słowie „artysta” nie mieści się jeszcze kilka innych znaczeń? Czy nie ukrywa się tam coś więcej? Coś, co sprawia, że my sami CZUJEMY się artystami, bez względu na to, czy tak jesteśmy postrzegani? Według mnie – tak – i to właśnie tutaj widoczne są cechy twórcy, które ja przypisałabym larpowym artystom.

Pozwolę sobie postawić tezę, że obecne pierwsze skojarzenia ze słowem „artysta” są w dużej mierze wynikiem romantycznej wizji zapoczątkowanej w XIX wieku. To wtedy w artystycznym środowisku po raz pierwszy bunt, awangarda i oryginalność zyskują na znaczeniu. W świecie sztuki zdają się święcić triumfy do dziś – bardzo długo ten, kto szedł o krok dalej, wymyślał coś nowego, w efekcie odnosił sukces. XIX wiek i Salon Odrzuconych to (w dużym uproszczeniu oczywiście) początek tego, co swoje apogeum osiągnęło w wieku XX i ostatnio objawiło się bananem przyklejonym do ściany srebrną taśmą.

Dla mnie kwintesencją dzisiejszej wizji „idei artysty” jest obraz Caspara Davida Friedricha „Wędrowiec nad morzem mgły”. Przedstawia samotnego człowieka, którego twarzy nie widzimy, ale możemy wręcz poczuć jego emocje. Sam jeden przygląda się z oddali spowitemu mgłą światu. Dostrzega również to, czego ludzie zgromadzeni w dole i zajęci swoimi sprawami nie mogą zauważyć – niebo i wierzchołki wielkich gór. Poza zadumą możemy poczuć smutek czy melancholię, ale też wielkość i doniosłość.

Wędrowiec nad morzem mgły, Caspar David Friedrich

Przywołałam tutaj romantyczną, XIX-wieczną wizję artysty, ale uważam, że jego dwie pierwsze, trochę ze sobą związane, cechy sięgają dużo dalej niż te 200 lat wstecz i stanowią fundament naszego rozumienia tego pojęcia. Chodzi o wizjonerstwo i nowatorstwo.

Artysta, także larpowy, to ktoś, kto przede wszystkim ma wizję. Nie podąża utartymi schematami, lecz tworzy nowe według własnych idei. Nie tylko nie boi się pójść krok dalej, ale też tego kroku potrzebuje. Wierzy, że to, co robi, jest ważne i będzie miało znaczenie oraz wpływ na odbiorcę. Jest oddany swojej Sztuce.

Ale te (może nieco górnolotne) słowa odnoszące się do artystów nie wyczerpują wszystkich cech, które moglibyśmy odnaleźć też w sobie jako larpowi twórcy. Kiedy przyjrzymy się nieco bliżej postaci nowoczesnego artysty (bo takiego tutaj analizujemy jako porównanie dla artysty larpowego), możemy odkryć kilka innych, czasem całkiem zabawnych, podobieństw.

Pierwsze z nich to postać artysty „wyklętego” – przymierającego głodem, niezrozumianego przez współczesnych geniusza, którego odkryją dopiero przyszłe pokolenia, być może na długo po jego śmierci. Co ciekawe, we wcześniejszych wiekach trudno znaleźć takich twórców – malarstwo traktowano przede wszystkim jako zawód i jeśli nie przynosiło dochodów pozwalających wykarmić rodzinę, to zwyczajnie zajmowano się czymś innym. Wracając do naszego artysty „wyklętego”: może i Wam kiedyś zdarzyło się napisać grę, która się nie spodobała, bo nikt się na niej nie poznał? Wasze pomysły budzą wśród znajomych uśmiech politowania lub grymas niechęci? Cierpliwości. Ich wnuki będą się zabijać za możliwość zagrania w Wasz scenariusz 😉. Potrzeba ogromnej odwagi i siły, żeby nie ugiąć się pod krytyką i z przekonaniem dalej realizować własną wizję. Czasem nasze pomysły mogą zostać docenione jedynie przez najbliższych przyjaciół albo wąskie grono odbiorców, jednak jeśli czujemy, że warto, wiele temu poświęcimy.

Jeżeli nie społeczny wyrzutek w podartym płaszczu, to może gwiazda salonów? Artysta tworzący sztukę dla sztuki w oparach opium i absyntu, w uścisku pięknej kochanki-kurtyzany. Ktoś zmagający się ze swoimi wewnętrznymi demonami, dla którego sztuka jest często jedynym lekarstwem na troski codziennego życia. Dekadencka nutka tkwiąca w larpowym środowisku jest lepiej widoczna w sferze społecznej, ale przenika także do tworzonych przez nas gier. Alkohol, używki, seks. Otwartość na sprawy i kwestie, które w innych częściach społeczeństwa nie spotykają się z tak dużą akceptacją czy tolerancją. Nie będę zagłębiać się w szczegóły, ale myślę, że każdy, kto chwilę się nad tym zastanowi, sam znajdzie przynajmniej kilka przykładów. Ze świata sztuki pierwsze przychodzą mi na myśl eksperymenty Witkacego 😉.

larp Sztuka cenniejsza niż złoto, LubLarp Festiwal 19/20, fot. Bad Cat Studio

Artyści to zwykle indywidualiści, którzy najlepiej czują się tworząc w pojedynkę. Tylko oni i ich wizja. Jednak czasami, zjednoczeni wspólną ideą, łączą się w grupy. Impresjoniści, prerafaelici, futuryści – tworzą razem, wystawiają lub piszą manifesty… do czasu aż się pokłócą i wszystko rozsypie się w drobny mak, lub do momentu, aż dana idea zostanie wyczerpana, a twórcy rozejdą się w swoją stronę.

„Typ” artysty z pewnością posiada wiele przymiotów, które pchają nasze hobby do przodu i pokazują, że larpy można tworzyć inaczej, lepiej. Jednak nie zapominajmy, że osobowość artysty nie jest pozbawiona cech negatywnych.

Po pierwsze – chaos. Olbrzymia kreatywność, wizjonerstwo i innowacyjność brzmią świetnie… dopóki mówimy o nich w teorii. Trudności zaczynają się, kiedy pomysły trzeba zrealizować. Przed oczami równie dobrze może stanąć nam malarz siedzący w zawalonej niedokończonymi obrazami pracowni – żeby daleko nie szukać, niech za przykład posłuży sam boski Leonardo, który swoje prace potrafił tworzyć całymi latami – jak i larpowy twórca z kilkoma zaczętymi „projektami życia” tkwiącymi gdzieś w otchłaniach dysku komputera.

Kreatywność to błogosławieństwo i przekleństwo zarazem. Zbyt wiele pomysłów na raz połączone z niezdolnością doprowadzenia ich do końca. Larpowy artysta miewa swoje humory – lepsze i gorsze dni. Może popaść w znudzenie, zniechęcenie i porzucić projekt, nad którym pracował ostatnie pół roku na rzecz czegoś nowego, co akurat wpadnie mu do głowy.

Artysta kojarzy nam się z kimś niezwykłym, wybitnym, kto niejako stoi wyżej i sięga dalej niż przeciętny, szary człowiek. W naszych wyobrażeniach liczą się dla niego nie tylko podstawowe życiowe potrzeby, a całe jego życie jest bogatsze, barwniejsze, ciekawsze. A rzemieślnik? W pierwszym odruchu możemy powiedzieć, że to ktoś, kto wykonuje wyznaczoną pracę. Od A do B. Jeśli robi to dobrze, to dobry rzemieślnik.

Przez lata nauczyliśmy się postrzegać wyklętych, ekscentrycznych, zbuntowanych i żyjących we własnym świecie artystów jako coś pozytywnego, ucieleśnienie romantycznego mitu o targanych emocjami wybitnych jednostkach z życiem pełnym dramatów, rozterek i przeciwności losu. A czy słowo „rzemieślnik” kojarzy nam się tak samo pozytywnie? Ten tekst piszę poniekąd po to, żeby owych, zapomnianych nieco, rzemieślników zrehabilitować, przypomnieć o ich pozytywnych i potrzebnych cechach, a także wyjaśnić, kim właściwie byli.

Jedną z głównych różnic, która według mnie istnieje między artystami i rzemieślnikami, jest fakt, że „artysta” to przede wszystkim określenie dla jednostki, a „rzemieślnik”, w rozumieniu historyka i historyka sztuki, wiąże się od razu z określonym miejscem w społeczeństwie, przypisaną rolą oraz prawami i obowiązkami z nią związanymi. Rzemieślnicy to przede wszystkim cech – społeczność i kolektywna praca w ramach zorganizowanej grupy, która ma przysłużyć się innym. To także ludzie, którzy tworzą dla innych, dla społeczności.

larp Sztuka cenniejsza niż złoto, LubLarp Festiwal 19/20, fot. Bad Cat Studio

W kontekście tego artykułu larpowego twórcę-rzemieślnika powinniśmy postrzegać jako mistrza cechowego. To szanowany członek społeczności cechu, który prowadzi własny warsztat i często bardziej przypomina przedsiębiorcę – organizatora pracy troszczącego się nie tylko o każdy szczegół wykonywanego dzieła, ale także o materiały i sprawny przebieg procesu produkcji. Myśli kompleksowo, całościowo, potrafi rozdzielać zadania i przekazywać wiedzę. Jest bardzo kompetentnym człowiekiem, który doskonale zna się na tym, co robi – dzięki temu produkt, jaki od niego otrzymujemy, jest wysokiej jakości.

Tym, co zachwyca mnie najbardziej w dziełach dawnych mistrzów i ich warsztatów, jest niesamowity kunszt. Dopracowane w najmniejszych szczegółach, z dbałością o detale, wykonane z najlepszych materiałów. Wydaje mi się, że w grach larpowych rzemieślników również można to zobaczyć i doświadczyć na własnej skórze jako gracz. Historia nie musi być wybitnie oryginalna, mechaniki najbardziej innowacyjne, a odgrywanie postaci wywoływać dyskusji o granicach komfortu. Mimo to czujemy, że wszystkie elementy są przemyślane, każde słowo w karcie postaci idealnie pasuje, a wątki są spójne. Słowem – larpowy kunszt, który sprawia, że w daną produkcję gra się tak, jakby nosić uszyte na miarę z najlepszej skóry buty 😉. „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga, który znajduje się w Muzeum Narodowym w Gdańsku, jest dla mnie świetnym przykładem takiego dzieła. Chociaż przedstawia niezwykle popularny temat, ujęty dość konwencjonalnie i wpisujący się idealnie w elegancki gotycki styl Niderlandów, nadal zapiera dech w piersiach. Zachwyca bogactwem kolorów, szczegółami, klimatem oraz ukrytymi znaczeniami. Możemy zgłębiać jego historię, poznawać interpretacje, albo zwyczajnie usiąść w niewielkiej, muzealnej salce i podziwiać. Z pewnością nie przejdziemy koło niego obojętnie, mimo że jest to dzieło zaliczane do całkiem sporej grupy i porównywalne do co najmniej kilku innych tryptyków. Tak napisane larpy zapewne każdy z nas mógłby policzyć na palcach jednej ręki.

Sąd Ostateczny, Hans Memling

Aby wyłapać wszystkie interesujące podobieństwa, wydaje mi się, że warto przyjrzeć się nie tylko samej postaci mistrza-rzemieślnika, ale także całemu procesowi powstawania dzieła w warsztacie.

Po pierwsze, wspomniany już wcześniej kolektywny charakter pracy. Warsztat malarza zarówno w średniowieczu, jak i w późniejszych wiekach, przypominał dobrze naoliwiony mechanizm. Każdy, od ucznia, przez czeladników i pomocników, miał tam swoją rolę i obowiązki. Oprócz mistrza można było tam spotkać malarzy specjalizujących się w uwiecznianiu kwiatów (jak Peter Bruegel Aksamitny w warsztacie Rubensa), zwierząt, czy pejzaży. Często, jeśli umowa wyraźnie nie wskazywała osobistego udziału mistrza, obraz tworzyli głównie jego pomocnicy, aby zapracowany właściciel warsztatu na koniec dodał jedynie kilka, własnych pociągnięć pędzla (albo i nawet nie!). Ktoś malował tło, ktoś inny postaci i zwierzęta, a na koniec wszystko tworzyło piękną, harmonijną całość, zaplanowaną według zamysłu mistrza. Mnie osobiście niemal do złudzenia przypomina to proces powstawania niektórych larpów, szczególnie tych większych, tworzonych w zespołach, gdzie kto inny odpowiada za scenariusz, kto inny pisze postaci, zajmuje się logistyką, itd. Nawet jeśli w takich przypadkach trudno wskazać jedną osobę, która by tym wszystkim dowodziła, to mam wrażenie, że do spełnienia warunku podobieństwa wystarczy czasem jedynie ta wspólna idea jednocząca twórców. Gorzej, jeżeli brak zarówno lidera, jak i tej idei, bo wtedy najczęściej projekty rozpadają się lub nie wychodzą tak jak oczekiwali twórcy.

W przypadku pracy kolektywnej mistrz, jak już wspomniałam, często odpowiedzialny był za zdobycie klienta i projekt. Dzieła tworzono na podstawie zawieranych pisemnie umów, w których wyszczególniano nie tylko temat, ale też koszty, materiały, itd. Czy do takiej umowy nie moglibyśmy porównać, cieszących się w ostatnim czasie tak ogromną popularnością, dokumentów projektowych? Twórcy zobowiązują się w nich niejako do dostarczenia nam określonego dzieła, opisują jego zamierzony końcowy efekt, mówią o termiach realizacji, mechanikach, kosztach… A na koniec, już po larpie, my gracze-klienci rozliczamy naszych mistrzów z dostarczonego dzieła.

W dawnych czasach często praktykowano dołączanie do umowy wstępnego projektu dzieła – w przypadku malarstwa mógł to być szkic, w przypadku rzeźby, figura w mniejszej skali, a przy zadaniach architektonicznych, makieta przyszłego budynku. Uważam, że w larpowym świecie takie projekty występują w formie play testów, które zyskują dziś coraz większą popularność. Może nie przeprowadzamy ich dla tych samych graczy premierowej odsłony, ale służą nam one do sprawdzenia, jak uczestnicy zareagują na naszego larpa i jak ocenią jego poszczególne elementy. Mamy jeszcze możliwość dokonania zmian, aby efekt bardziej spodobał się przyszłym odbiorcom.

A jak w praktyce warsztatowej powstawał projekt obrazu? W jaki sposób mistrz komponował jego poszczególne elementy? Skąd czerpał inspiracje? Jedną z najcenniejszych rzeczy, która znajdowała się na wyposażeniu warsztatu, był zbiór szkiców, rysunków i grafik, stanowiący swojego rodzaju „bank rozwiązań”. To inspiracje, które artyści zbierali wiele lat, często przez całe życie. Taka kolekcja przekazywana była z pokolenia na pokolenie wraz z warsztatem. Gdy mistrz przystępował do komponowania nowego dzieła, otwierał zbiór i dobierał z niego gotowe elementy, które następnie łączył ze sobą w całość. Malarze – tacy jak chociażby Michael Willmann, uznawany za najwybitniejszego malarza barokowego na Śląsku – tworzyli swoje dzieła na podstawie wzorów skopiowanych z reprodukcji grafik włoskich lub holenderskich. A dziś? Wydaje mi się, że my takie „banki rozwiązań” nosimy w głowach. Czytamy książki, oglądamy filmy, gramy w gry wideo – postaci i wątki, które tam poznamy, zostają z nami, a później czerpiemy z tego pełnymi garściami. Wzorujemy nasze postaci na ulubionych bohaterach z książek lub przerabiamy wątki z filmów i seriali, używamy TV trope’ów i archetypów. Notujemy ciekawe rozwiązania mechaniczne, tworzymy tablice na Pintereście – zbieramy te wszystkie rzeczy, które pobudzają naszą wyobraźnię, aby w odpowiednim momencie móc z nich skorzystać i ułatwić sobie pracę.

Jeśli już mowa o kopiowaniu wzorów, wydaje mi się, że warto wspomnieć o jeszcze jednej związanej z tym praktyce, stosowanej np. przez Rembrandta i Rubensa, ale także przez wspomnianego wcześniej Willmanna. Najwięksi mistrzowie tworzyli samodzielnie lub zatrudniali ludzi do tworzenia grafik na podstawie ich największych dzieł, które następnie rozprowadzano po innych regionach i krajach. Była to swojego rodzaju reklama i rozpowszechnianie wypracowanych przez siebie wzorców, według których malowali następnie inni artyści. W ten sposób niemal w całej Europie powstawały obrazy w stylu Rubensa i nawet na głębokiej prowincji możemy odnaleźć płótna będące w zasadzie kopiami jego dzieł. Wspominam o tym, ponieważ wydaje mi się, że to jedna z praktyk, którą my, larpowcy, również nieraz stosujemy, np. opisując i publikując stosowane przez nas mechaniki, sposoby tworzenia postaci lub relacji. Robimy to, aby zainspirować i ułatwić życie innym, co bardzo chwalebne, ponieważ przyczynia się do rozwoju naszego hobby. Z drugiej strony każdy wie (a przynajmniej powinien wiedzieć), kto jest autorem danego pomysłu i wyraźnie możemy prześledzić, na czyich rozwiązaniach wzorował się twórca danego larpa. Dla całkowitej jasności – absolutnie nie uważam tego za błąd lub coś złego 😊. Chcę jedynie, jak w każdym innym przypadku, wskazać na pewną analogię.

Wiemy już zatem, jak w warsztacie rodziło się i powstawało dzieło. Czy na tym kończą się podobieństwa? Bynajmniej.

larp Sztuka cenniejsza niż złoto, LubLarp Festiwal 19/20, fot. Bad Cat Studio

Kolejnym zagadnieniem, które chciałabym prześledzić, jest proces nauki w warsztacie. Moim zdaniem ma on kilka punktów wspólnych z nauką tworzenia larpów. Warto jednak zaznaczyć, że nie jest to oczywiste, a pewne z wymienionych niżej punktów są względne. W naszym larpowym środowisku zdobywanie wiedzy i doświadczenia w dziedzinie pisania gier może przebiegać różnie. Informacje zdobywamy z internetowych artykułów, publikacji konferencyjnych, podczas KOLI, itd. W warsztacie mistrza proces nauki był uregulowany przepisami, podzielony na etapy, trwał wiele lat i często kosztował niemałe pieniądze. Wydaje się, że niewiele ma to wspólnego z tym, jak my uczymy się pisać gry, ale chodzi mi głównie o uchwycenie relacji mistrz-uczeń oraz osiąganie twórczej samodzielności małymi krokami. Po pierwsze, jako uczniowie, adepci „sztuki larpopisarstwa” potrzebujemy naszego mistrza – kogoś, kogo będziemy chcieli naśladować, czyj sposób tworzenia i styl nam się podoba, inspiruje. Autorytet, którego będziemy darzyć szacunkiem, rady chętnie posłuchamy i będziemy szukać aprobaty. Często też, podobnie jak uczniowie w warsztacie, zaczynamy tworzenie gier od prostszych rzeczy – piszemy mniejsze chambery, jeepformy lub angażujemy się do pomocy przy większych projektach, ale np. do napisania tylko kilku kart albo pracy w magazynie. Dopiero z czasem, prowadzeni przez „mistrzów”, którzy dzielą się z nami swoim „know-how”, nabywamy pewności i doświadczenia. Ważnym elementem nauki w warsztacie była tzw. wędrówka czeladnicza zakładająca, że wyzwolony na czeladnika uczeń przez jakiś czas podróżował po różnych miastach i tam poszerzał swoją wiedzę. My, jako larpowi twórcy, także często tak robimy – poznajemy ludzi z innych miast, a nawet krajów, którzy piszą swoje gry inaczej. Uczymy się od nich, angażujemy w pomoc w ich projektach. W końcu i dla nas przychodzi czas na wyzwolenie na mistrza – tworzymy swoją pierwszą dużą, ważną grę i prezentujemy ją pozostałym – nasz majstersztyk, od którego zależy, czy zostaniemy przyjęci do larpowego cechu i szacownego grona mistrzów 😉.

W średniowiecznych miastach silna pozycja cechów wynikała z ich monopolu na produkcję, którego zazdrośnie strzegli. Kontroli podlegała zarówno konkurencja zewnętrzna, jak i wewnętrzna. Ceny produktów ustalano z góry, surowce dostarczano przez cech i nawet górny limit uczniów w warsztacie (teoretycznie) podlegał regulacjom. Bardzo pilnowano, aby nikt spoza ani wewnątrz cechu nie wzbogacił się nadmiernie kosztem kolegów po fachu. Z drugiej strony cech dbał o swoich członków – opieką otaczano wdowy, wspólnie świętowano, spotykano się, fundowano kaplice i ołtarze w miejskich kościołach. Cech był żywą, prężnie działającą społecznością, która dawała poczucie bezpieczeństwa i przynależności. Dużo zależy od miasta i ludzi, jednak wydaje mi się, że kilka takich rysów średniowiecznego cechu – zarówno tych lepszych, jak i gorszych – moglibyśmy znaleźć w naszych lokalnych, larpowych społecznościach oraz w całym środowisku. Larpy są dość niszowym hobby i żeby w ogóle zacząć grać, trzeba o nich najpierw usłyszeć. To najczęściej sprowadza się do poznania larpowca, który pokaże i wprowadzi nas w ten magiczny świat. Oczywiście można trafić na jakieś wydarzenie samemu, być takim „wolnym elektronem”, który zagra jednego larpa na konwencie i przez resztę roku nie będzie miał do czynienia ani z grami, ani z naszym środowiskiem. Zakładając jednak, że w takim układzie my jako „larpówek” jesteśmy cechem, czy nie będziemy postrzegać kogoś takiego jako obcego? Jako nie do końca larpowca? Kogoś, kto nie zna się na larpach tak dobrze jak my i nie umie tworzyć na takim poziomie? Czy nie jest przypadkiem tak, że uważamy się za posiadaczy „większego” prawa do pisania larpów i zazdrośnie go strzeżemy? Dużo mówi się o inkluzywności naszego środowiska, ale nie rozwodząc się specjalnie nad tym tematem, powiem tylko, że według mnie potrzeba wielu lat, napisanych gier i zorganizowanych wydarzeń, a także imprez i morza alkoholu, żeby wyrobić sobie pozycję i zostać uznanym twórcą. Może to bardziej kwestia społeczna, ale nie będę teraz roztrząsać tego zjawiska. Nawet jeśli tak, to w tym momencie możemy zobaczyć, że pewne sprawy nie zmieniają się od wieków 😉.

larp Sztuka cenniejsza niż złoto, LubLarp Festiwal 19/20, fot. Bad Cat Studio

Powoli zaczynamy zatem dostrzegać ciemniejszą stronę tej rzemieślniczej monety i wady, które tacy twórcy mogą posiadać.

Podążanie za tradycją oraz działanie według utartych schematów z jednej strony może być czymś dobrym i użytecznym. Jako twórcy wyrabiamy sobie własny styl, w którym czujemy się dobrze oraz mechanizmy działania usprawniające naszą pracę. Jako odbiorcy możemy zawsze mniej więcej spodziewać się, co i na jakim poziomie dostaniemy od danego autora gry i jeśli lubimy jego styl, nie powinniśmy się rozczarować. Poza tym możemy zaaplikować sobie bardzo świadomie konkretny rodzaj rozrywki, co w przypadku larpów w większości nadal bywa loterią (głównie, jeśli chodzi o premiery). Z drugiej strony takie schematy potrafią nie tylko wpędzić nas w twórczą rutynę, ale też znudzić naszych graczy. Powtarzamy błędy, nie rozwijamy umiejętności ani nie próbujemy nowych rozwiązań tylko dlatego, że obecne przecież doskonale się sprawdzają i wszystkim podobają. Trwamy w naszym „stylu”, często bojąc się albo nie potrafiąc zrobić czegoś inaczej. Obecne metody przyniosły już uznanie, dlaczego zatem ryzykować, skoro nikt nie będzie oczekiwał od nas eksperymentów, tylko dobrej gry? Zamykamy się w swoim wyobrażeniu o tym, czym jest dobry larp i w naszym własnym środowisku, nie chcąc dopuścić nikogo z zewnątrz. Popadamy w rutynę, powtarzamy się, aż w końcu – wypalamy.

Aby podsumować całość artykułu, chciałabym na koniec poruszyć jeszcze jedno zagadnienie, które doprowadzić nas może do, według mnie, najważniejszej różnicy pomiędzy larpowym artystą a rzemieślnikiem.

Czy w rzemieślniku nie ma wewnętrznej potrzeby tworzenia? Trudne pytanie – może dlatego artysta wydaje nam się cenniejszy, bardziej wartościowy, bo potrzeba tworzenia, artystycznego wyrażania siebie, jest niejako wpisana w to pojęcie i automatycznie kojarzy się z wznioślejszymi wartościami. Rzemieślnik tworzył, bo taka była jego praca – musiał utrzymać się z tego, co wyprodukował. Historycy sztuki nie znajdują specjalnej różnicy, zarówno w średniowieczu, jak i w czasach nowożytnych, w tym, czy rzemieślnik robił stoły, piekł chleb, szył buty, czy malował obrazy. Dzięki historyczno-sztucznym badaniom wiemy jednak, że praca malarza (oczywiście w zależności od regionu, czasów itd.) mogła być bardzo dochodowa i prestiżowa. Dla mieszczanina, jeśli potrafił dobrze rozpoznać rynek i zastosować odpowiednią strategię, zawód ten poza źródłem pieniędzy był też drogą prowadzącą do wyższych szczebli drabiny społecznej, furtką do tytułów, urzędów itd.

Jak zatem moglibyśmy odnieść to do naszej larpowej rzeczywistości? Nie ma się co oszukiwać, że obecnie pisanie gier w naszym kraju to dochodowy interes. Dla większości z nas larpy oraz ich tworzenie to przede wszystkim hobby i tutaj, moim zdaniem, można by próbować się dopatrywać tej ważnej, jeśli nie najważniejszej, różnicy pomiędzy artystą a rzemieślnikiem. Motywacja artysty pozostaje wewnętrzna: to on sam ma potrzebę zrealizowania jakiejś idei, zrodzonej w głowie wizji. Dzieło jest przede wszystkim zaspokojeniem jego wewnętrznej potrzeby tworzenia i wyrażania siebie. Rzemieślnik natomiast tworzy przede wszystkim dla innych – w tym przypadku: graczy. Z całych sił stara się, żeby jego dzieło spotkało się z jak najlepszym odbiorem. Stawia za cel wywiązanie się z umowy i zadowolenie zamawiającego. Dzieło przeznaczone jest zatem dla ludzi, a dla samego rzemieślnika najważniejsze jest uznanie i prestiż. Będzie tworzył swoje larpy po to oraz w taki sposób, aby podobały się innym.

Motywacja artysty pochodzi z wewnątrz, powie on: „Mam świetną wizję, muszę ją zrealizować!”. Rzemieślnik natomiast motywację będzie czerpał z otoczenia, mówiąc: „Mam świetny pomysł, myślę, że spodoba się innym”.

Mam nadzieję, że tym którzy się wahali w wyborze między dwiema opcjami, moje pomysły pomogły nieco rozwiać wątpliwości, rzuciły nowe światło na ten jakże ważki temat lub po prostu połaskotały trochę w mózg 😉.

Pamiętajcie, że ten tekst nie dąży do stworzenia sztywnych podziałów lub kategoryzacji, a już na pewno nie ma na celu wartościowania, czy artysta jest lepszy od rzemieślnika, czy odwrotnie. Należy również pamiętać, że my sami nie musimy zawsze i bezwzględnie być albo tylko artystą, albo tylko rzemieślnikiem. Według mnie można postawić się gdzieś pośrodku, łącząc pewne cechy. Możliwa jest też wewnętrzna zmiana w trakcie twórczej ewolucji.

Natalia Rożek

Muzeum dell’Opera del Duomo, Florencja